Tak, to dziś. Po raz pierwszy od tych 60 dni spałem w domu w kiedyś wspólnym łóżku. Nie, to że tam spałem nie oznacza, że wróciłem, że podjąłem jakieś decyzje. Powód jest znacznie prostszy; moja małżonka wyjechała na tydzień do odległej rodziny i ja się tam „przeniosłem”. Piszę w cudzysłowie, bo wyjechała w minioną sobotę, a spałem tam dopiero po raz pierwszy.
Z jednej strony fajnie tak, spędzić czas w miejscu, które się budowało własnymi rękami, w które włożyło się serce. W miejscu, gdzie wszystko jest znane, dobrane, takie jak chciałem. Ale z drugiej strony ten dom stał mi się trochę obcy – brak w nim „duszy”, ciepła (choć ciepło jest).
Niezapomniane wrażenia tej nocy zapewnił mi bolący ząb oraz koty szalejące po łóżku. Rano czułem się (i nawet trochę wyglądałem) jakby mnie koń kopnął.
I tak oto zaczął się ten dzień 60-ty.